Pierwsza wizyta u
psychologa za mną. Jak zwykle, wyobrażałem sobie za wiele, za
wiele chciałem tego dnia uzyskać. Coś tam niby powiedziałem,
trochę ważnych i mniej ważnych rzeczy, ale ogółem wszystko
skuliło się we mnie jak kawałek foli która napotka żywy ogień.
W pewnym momencie zasugerował że wezwie pogotowie z powodu moich
myśli samobójczych. Nie wiem po co to powiedział. Szybko skłamałem
że tylko o tym rozmyślam.
Spotkamy się na
kilka wizyt dopiero w marcu. Zrobi badania, przeanalizuje i pomyśli
co dalej. Okej, niech będzie.
Czułem się po tej
wizycie jak głupek generalnie.
Przez resztę dnia
byłem wrakiem. Dopiero po pracy chyba leki zaczęły działać i
przyszło to coś: Najgorsze Uczucie Dnia.
Jakie uczucie może
być gorsze niż całe to wiadro zła? To proste, to nadzieja.
Choć to zbyt proste
określenie. To taka nadzieja, pod przykrywką nagłej chęci do
zrobienia czegoś dobrego z miłym samopoczuciem włącznie.
Paskudne, prawda? Naprawdę, nienawidzę tak się czuć. Brzmi to
banalnie, ale kiedy jest się człowiekiem takim jak ja, z tą całą
zgnilizną o zerowym poczuciu wartości, chęci życia, motywacji do
życia i czegokolwiek, który w lustrze widzi tylko dziurę zamiast
twarzy, to rozumiesz że takie uczucie jest złudne. To tylko mały
skok serotoniny prowadzący donikąd. Bo dobrze wiem, że nie zrobię
z tym nic, jak wiele razy przedtem. Choć miło jest się przez
chwile poczuć dobrze, wiem, że to tylko dopalacz dający krótki
haj, na chwile przesłaniający prawdę. Potem, serotonina opadnie,
wszystko wróci do normalności, w której jestem sobą - nędznym
zidiociałym sobą, który wierzy że może tym razem będzie lepiej,
ale okaże się jedynie że robię skok z jednego dołka w drugi. Jak
zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz